Hej!

Jestem Kinga i już mogłabym legalnie napić się piwa w Stanach, więc możecie mnie traktować w stu procentach poważnie.
Zaczynam od tematu, który zapewne wielu z was odrzuca. Wszyscy macie już dosyć medialnej papki o byciu fit, eko, wege i tak dalej. Nie trafiliście jednak w miejsce, w którym zostaniecie zwyzywani od morderców, bo czytając to jecie kotleta. Nie jestem wege- terrorystką. Nie interesuje mnie co jecie, gdzie jecie, ile jecie. Tak powinno być, to sprawa indywidualna każdego z nas. Temat hodowli zwierząt i jedzenia mięsa jest dość kontrowersyjny, nie zamierzam się w niego specjalnie wgłębiać. Każdy z nas ma w głowie ułożony jakiś tam plan, jak według niego świat powinien funkcjonować. Pewne rzeczy można ograniczyć, ale nie można ich zmienić i tak jest w tym przypadku.

Dlaczego ja zdecydowałam się przejść na jak to mówią „jasną stronę mocy”?
Każdy z nas pewnie chociaż raz obejrzał, a przynajmniej przeczytał o tym, jak wygląda życie zwierząt w hodowlach przemysłowych. Ja również to uczyniłam i nawet nie pamiętam co mnie do tego skłoniło. Może miałam po prostu zbyt dużo wolnego czasu i zawędrowałam gdzieś w ciemne zakamarki internetu. To, co zobaczyłam nie było dla mnie jakieś odkrywcze, bo wszyscy mniej więcej orientujemy się jak sprawa wygląda i dla nas wszystkich takie obrazy nie są przyjemne. Po prostu na innych to robi mniejsze wrażenie, a na innych większe. Pamiętam, że tego dnia, kiedy podjęłam świadomą decyzję o zaprzestaniu jedzenia mięsa byłam z chłopakiem w kinie na filmie „Lekarstwo na życie”. Były tam dosyć obrzydliwe sceny, ale nie będę wam spojlerować, bo film jest moim zdaniem naprawdę dobry i warto go zobaczyć. Po seansie poszliśmy do marketu i wtedy pierwszy raz poczułam się w ten sposób. Ogólnie już w trakcie oglądania filmu z hodowli, żołądek podchodził mi do gardła i to uczucie utrzymywało się praktycznie przez cały dzień, ale jak zobaczyłam mięsne porcje w lodówkach, to wiedziałam, że dopiero teraz jest mi naprawdę źle i zaczynam czuć zapachy, których nie ma. Wiem, że teraz pewnie myślicie, że to pora wybrać się do psychiatry, bo coś się ewidentnie popsuło, ale tak właśnie w tamtym momencie było. Wtedy sobie powiedziałam, że nigdy więcej. Oczywiście z tyłu głowy miałam myśl, że to chwilowe i pewnie za kilka dni mi przejdzie, ale mamy już listopad, a wszystko zaczęło się 17 lutego, czyli w Dzień Kota. Piękna data swoją drogą.

Pomyślicie, że to tylko kilka miesięcy, jeszcze wszystko się może zmienić. Jednak ja te ostatnie miesiące spędziłam na czytaniu i edukowaniu samej siebie, bo temat żywienia naprawdę mnie wciągnął. Czytanie książek i artykułów o tej tematyce stało się dla mnie swego rodzaju pasją, którą przeplatałam z przekopywaniem internetu w poszukiwaniu interesujących dokumentów, których oglądanie również dawało mi do myślenia. Na pewno pojawi się tutaj post z pozycjami, które najbardziej mi się spodobały.
Nie, od tamtego czasu nie jem pięciu posiłków dziennie o stałych porach, nie jem samych zdrowych rzeczy, nie mam figury modelki. Mimo to, dużo się zmieniło od tamtego czasu. Ułożyłam sobie parę spraw w głowie, dowiedziałam się nowych rzeczy i chcę wiedzieć jeszcze więcej.
Wiele osób mówi, że to nie ma znaczenia. To nic, że przestanę jeść mięso, to nic nie zmienia. Zwierzęta dalej będą hodowane w nieludzkich warunkach na masową skalę, faszerowane antybiotykami by rosły i tyły tak szybko, że nie będą w stanie unieść ciężaru własnego ciała (tak jest, moi drodzy). Zwierzęta będą zabijane, by ludzie mogli zaspokoić swoje pragnienia.
Wegan i wegetarian jest coraz więcej, nie można więc mówić, że to nic nie zmienia. Prosty przykład, już w prawie w każdym większym markecie można znaleźć regał z wege produktami, a jeszcze kilka lat temu nie było to możliwe. Trudno było dostać nawet kostkę tofu, którą teraz można kupić już praktycznie wszędzie. Markety w to idą, zamawiają te produkty, bo zwiększa się na nie popyt. Nawet ostatnio firma Sokołów, znana z wyrobów mięsnych, postanowiła wejść w ten biznes i wprowadziła na rynek warzywne pasztety (bardzo dobre swoją drogą). Jest popyt – jest i podaż.
Nawet jeżeli dla świata jest to mało, to dla mnie samej jest to dużo. Jeżeli nie mogę czegoś zmienić na świecie, to mogę to zmienić w swoim życiu, w którym zaprowadziłam nowe porządki, w którym panują inne zasady. Nie jest dla mnie ważne czy ktoś popiera mój wybór czy nie, bo ja czuję się z nim dobrze. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.
W sieci możecie znaleźć wiele wpisów czy filmików na temat tego, jak dieta roślinna wpływa na samopoczucie i funkcjonowanie organizmu. Niektórzy tracą na wadze, innym przestają wypadać włosy, a jeszcze ktoś powie, że jego skóra nabrała blasku. Oczywiście samo w sobie odstawienie mięsa nie sprawiło, że ja czy inne osoby poczuliśmy się lepiej. Po prostu człowiek, który eliminuje z diety jakiś składnik, automatycznie szuka czegoś, czym może go zastąpić. Zainteresowanie tematem zdrowia i odżywiania, sprawia, że zaczynamy próbować nowych rzeczy, bawić się w kuchni, szukać alternatyw. Dzięki temu dostarczamy organizmowi składników, których mu brakowało i dzięki temu czujemy się i wyglądamy lepiej.
Tak też było ze mną. Nie raz pamiętam jak po typowym, polskim obiedzie, w którego skład wchodziły ziemniaki, surówka i mielony kotlet nie miałam już siły na nic. Jedyne o czym marzyłam, to położyć się i leżeć, najlepiej przed telewizorem, do końca dnia. Ciało i umysł odmawiały posłuszeństwa. Teraz jest o wiele lepiej. Wiadomo, że każdemu zdarza się przejeść, ale odkąd odstawiłam mięso nie czułam się jeszcze tak „ciężka”. Zauważyłam, że moja cera wygląda lepiej. Już dłuższy czas temu pożegnałam się z trądzikiem, ale zawsze jakieś tam rzeczy mi się nie podobały. Teraz już raczej nie zauważam żadnych problemów, ponadto wydaje mi się, że włosy zaczęły mi szybciej rosnąć, co dla mnie jest bardzo dużym plusem. Jednak dla mnie największą zaletą jest to, że czuję się zdrowiej, mimo tego, że moja dieta nie jest idealna.

Myślę, że każda osoba, która jest na diecie wegetariańskiej, usłyszała już od kogoś pytanie „To co Ty właściwie jesz?”
Jemy wszystko, oprócz mięsa! Wbrew pozorom, wydaje mi się, że różnorodność w kuchni zaczyna się dopiero wtedy, gdy czegoś sobie odmówimy. Kiedy dowiadujesz się, że nie tolerujesz laktozy czy glutenu, zaczynasz szperać w internecie lub książkach, co właściwie możesz jeść, czym możesz zastąpić jakiś składnik i jak możesz przygotować swoje ulubione danie tak, aby Ci nie zaszkodziło. Tak było też ze mną. Zaczęłam dostarczać sobie białka roślinnego, głównie za pomocą mojej wielkiej miłości, czyli tofu, ale również do gry weszły warzywa strączkowe i orzechy. Zaczęłam się bawić w kuchni, testować nowe smaki, kupować przyprawy, których nigdy nigdzie nie dodawałam i chociaż zawsze lubiłam gotować, to teraz czuję, że lubię to jeszcze bardziej. Im więcej szukam, testuję i czytam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że akurat w kwestiach kulinarnych nie ma rzeczy, której nie da się zastąpić. Wszystko się da, trzeba po prostu wykazać się kreatywnością.
Często słyszę, że dieta roślinna jest droga. To wszystko zależy jak tę dietę skomponujemy. Jeżeli mięso będziemy zastępować substytutami mięsa, które są niekoniecznie zdrowe, a za to dosyć drogie, a mam tu na myśli wszystkie wege szynki, kiełbaski i inne wynalazki najczęściej zrobione z soi, to dieta może okazać się może nie dużo, ale jednak droższa od tradycyjnej. Jeżeli jednak chcemy odżywiać się zdrowo i opierać naszą dietę na warzywach, to może wyjść nam nawet taniej. Wystarczy, że będziemy wybierać warzywa sezonowe, które naprawdę można kupić za grosze i wyczarować z nich pyszne, pełnowartościowe posiłki. Ja często wspomagałam się warzywami mrożonymi lub tymi w puszkach, bez zbędnych dodatków.

Często osoby będące na diecie tradycyjnej zarzucają tym będącym na diecie roślinnej, że ich atakują. Nie powiem, spotkałam się z tym nie raz na różnych internetowych forach. Wiem, że tak jest i uważam, że akceptację możemy zyskać tylko wtedy, jeżeli sami ją dajemy – logiczne. Jednak odwrotne sytuacje również się zdarzają i dotykają także mnie. Zawsze tak jest, że jak zaczynasz coś zmieniać w swoim życiu – nieważne czy jest to przejście na dietę, chęć wyrzeźbienia sylwetki na siłowni czy nawet poprawa ocen w szkole – zawsze ktoś będzie czekał na Twoje potknięcie. Będzie Cię obserwował czy aby na pewno trzymasz się swoich postanowień i zgnębi Cię, jeżeli w pewnym momencie powinie Ci się noga. Ja jeszcze nie doświadczyłam i mam nadzieję, nie doświadczę jakichś ekstremalnych sytuacji, ale pytań słyszałam już wiele. Głównie chodziło o to, że skoro tak kocham zwierzaczki i chcę dla nich dobrze, to czemu nie patrzę na ludzi, którzy hodują dla mnie te wszystkie roślinki? Dlaczego nie interesuje mnie los ludzi, którzy pracują na fermach i jest to ich jedyne źródło utrzymania? 
Obydwie te kwestie to temat rzeka i poruszanie chociażby jednej z nich na 90% jest skazane na brak porozumienia pomiędzy stronami. 
Ja mam świadomość, że nie da się pomóc i uszczęśliwić każdego. Ważne, że robisz cokolwiek. Ważne, że próbujesz, starasz się zrobić chociaż jedną dobrą rzecz i że sam czujesz się z tym lepiej. Jeżeli więc masz w planach zmienić coś w swoim życiu, to zrób to. Jesteś jedyną osobą, której opinia jest ważna i jedyną, która może Cię rozliczać z Twoich decyzji. 

Pisałam to trzy dni. Czy się opłacało? Nie mam co do tego wątpliwości. Zawsze pisałam i lubiłam to robić, a teraz jeszcze znalazłam swój punkt zaczepienia. Jeżeli jesteś zainteresowany tematem żywienia, chcesz znaleźć ciekawe przepisy i ciekawostki, to będzie mi bardzo miło, gdy jeszcze raz mnie odwiedzisz. Zapraszam Cię do napisania szczerej opinii w sekcji komentarzy. 

Dziękuję za poświęcony czas.Kinga

6 thoughts on “Chwasty i kamienie, czyli jak być wege”

    1. Ja za dwa dni mam swoją rocznicę i mi akurat to przyszło bez problemu, ale wiadomo, każdy jest inny 🙂

  1. Według mnie każdy ma swoje sumienie, swoje nawyki i swoje upodobania. My pod wpływem dzieci zmieniliśmy nawyki i upodobania, dzięki temu mamy mniej na sumieniu 🙂 Mniej jemy mięsa.

  2. Cześć! 🙂 Sama też jestem weganką. Co prawda od całkiem niedawna, bo dopiero od 8 miesięcy. Przeszłam na weganizm z dnia na dzień, wcześniej jadłam normalnie, ale zdrowo. Z dnia na dzień wykluczyłam ze swojej diety produkty odzwierzęce i nie żałuję tej decyzji. Czekam na Twoje wpisy!

    Z dnia na dzień przerzuciłam się też w tematyce bloga z słodyczy bez cukru i mąki na dodatkowo jeszcze wegańskie słodycze. I też są pyszne! Najciężej było się przełamać, a potem idzie jak z górki 🙂

    1. Ja jutro mam swoją rocznice z dietą wegetariańską. Mam nadzieje, że któregoś pięknego dnia też nie będę miała problemu by przejść na weganizm.
      Również staram się zdrowo odżywiać, ale żadnych diet, wszystko z głową.
      Pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.