Dziś przychodzę z recenzją książki, od której oczekiwałam wiele, ale niestety trochę się rozczarowałam, a może nawet trochę bardziej. W każdym razie, książka choć stosunkowo krótka stała się bardzo trudna i podróż z panią Beatą niestety nie obfitowała w pozytywne emocje…
Książka Największe skarby naszej cywilizacji jest ostatnim tomem z serii W dżungli zdrowia.
Tę pozycję dorwałam z tego co pamiętam w Matrasie za 34,90 i trochę żałuję zakupu, bo spoglądam na moją półkę z książkami i patrzę ile dobra w tej cenie udało mi się upolować. Tym bardziej, że w internecie można kupić pakiet pięciu tomów za niecałe 70 złotych. Niestety czasu już nie wrócę, mam jedynie nauczkę żeby nie oceniać książki po okładce, a raczej po autorce i nie ufać, że ta pani to się na wszystkim zna i wie co mówi.
Książka ogólnie jest podzielona na 43 rozdziały, a większość z nich to po prostu zachwyt nad warzywami i owocami, do których każdy z nas ma dostęp i dzięki tej książce możemy dostrzec ich piękno i pozytywny wpływ na nasz organizm, bo na co dzień niestety nie każdy z nas o nim pamięta. Można wyciągnąć też bardzo ciekawy wniosek – do niektórych smaków musimy po prostu dojrzeć, żeby je docenić. Tak, jak pani Beata, która musiała jechać na drugi koniec świata, żeby stwierdzić, że jej smakuje groszek…
W każdym rozdziale przewijają się wątki z podróży pani Beaty po świecie i powiem szczerze, że te fragmenty były najciekawsze z całej książki i jeżeli jeszcze kiedyś ktoś by mnie zmusił do przeczytania jakiejkolwiek książki Pawlikowskiej to z pewnością sięgnęłabym po coś o podróżach, bo myślę, że chyba tylko to byłabym w stanie przeczytać i się nie zdenerwować.
Szczerze mówiąc więcej mnie w tej książce irytuje niż mi się podoba. Ups, tak naprawdę już wyżej napisałam o tym, co tam w miarę lubię i to by było na tyle, więc teraz niestety zacznie się ta gorsza część.
Na początek – bardzo nie podoba mi się ton jakim zwraca się pani Beata do czytelnika. To jest chyba największa wada tej książki i dopiero w połowie osłabiła się moja ochota wyrzucenia tej lektury przez okno, bo bardzo nie lubię jak ktoś z góry zakłada, że jestem głupia i nie mam zielonego pojęcia o czym mowa. Nadużywanie zwrotów typu rozumiesz? widzisz? wiesz? czy zobacz! mi osobiście działało na nerwy i już wiedziałam, że reszty książek z tej serii nie tknę. Po przeczytaniu pierwszej z brzegu opinii na lubimyczytać.pl, przekonałam się, że nic sobie nie ubzdurałam i nie tylko mnie denerwował ten moralizatorski ton, ROZUMIESZ?

Książka pani Beaty nie tylko uczy (w większości głupot), ale też bawi. Bardzo mnie rozbawiło to, jak przeczytałam, że banany to jest sidlisko największej chemii i nie powinniśmy pod żadnym pozorem jeść bananów z supermarketu, bo najlepsze są te prosto zerwane z drzewa gdzieś w… Ameryce Łacińskiej. No ba! No kto nie marzy żeby zjeść takiego banana? Odniosłam wrażenie, że jeżeli nie mam możliwości zjedzenia banana prosto z drzewa, to jestem skazana na kalarepę. Wiadomo, że wszystko co możemy zjeść prosto z krzaka jest lepsze, bardziej odżywcze, zdrowsze. Wiadomo, że wszystko co musi przebyć długą drogę musi być odpowiednio przechowywane i poddawane różnym procesom, co może w jakimś stopniu zaburzyć czy zmniejszyć jakość produktu, ale to chyba logiczne i wszyscy to wiemy? To jednak nie oznacza, że mamy całkowicie rezygnować z owoców tropikalnych, bo właśnie cała magia w tym, że idziemy do marketu i za kilka złotych możemy kupić na przykład ananasa, zatopić w nim zęby i na chwilę przenieść się do Kostaryki.
Od dłuższego czasu krąży po sieci taka opinia, że pani Pawlikowska udaje eksperta w każdej dziedzinie. No typowa Polka! No nie wyrzekniemy się!
Zdążyłam to już zauważyć obserwując profil tej pani na Facebooku. Ta kobieta wie wszystko, a już na pewno wie jak wyleczyć depresję czy anoreksję.
Kolejna typowo polska cecha – wszędzie węszy teorie spiskowe. Z książki można dowiedzieć się między innymi, że wszyscy naukowcy są skorumpowani i dostają w łapę za podawanie nam fałszywych informacji i udostępnia nam sfałszowane wynikii badań. Do tego cały przemysł farmaceutyczny karmi nas chemią i nie powinniśmy w ogóle brać żadnych leków – oczywiście zgadzam się co do suplementów diety, bo może je zrobić dosłownie każdy i zacząć sprzedawać bez ponoszenia żadnej odpowiedzialności, więc zdecydowana większość z nich po prostu nie działa – ale mówienie ogólnie o lekach to totalna głupota i ignorancja.
Poza tym to w ogóle powinniśmy zrezygnować z opieki medycznej, najlepiej iść do znachora i leczyć się naparem z babki lancetowatej.
Czy polecam tę książkę? Na pewno nie. No chyba, że chcecie mnie sprawdzić albo sprawdzić czy pani Beata naprawdę firmuje takie bzdury swoim nazwiskiem. Książka sama w sobie jest łatwa, nie ma w niej żadnej naukowej terminologii, a teorie w niej zawarte nie są poparte żadnymi badaniami, co też można by było uznać za dużą wadę. Można jednak przymknąć na to oko, bo jest to pozycja, która ma ukazywać tylko i wyłącznie obserwacje i doświadczenia autorki.

Myślę, że nie powinno się brać do serca wypowiedzi pani Beaty, a raczej traktować tę książkę – jak i całą serię – z przymrużeniem oka. A najlepiej obu.
Zespół Republika śpiewał kiedyś taką jedną piosenkę o pieniądzach, o kasie, o Mamonie…
I ja myślę, że ta książka jest pisana dla pieniędzy…

3 thoughts on “Największe skarby naszej cywilizacji według Pawlikowskiej – recenzja książki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.